Dzisiaj opowiem historię o braterstwie i o bratobójstwie. Będzie to legenda istot, zwanych ludźmi, którzy tworzą od dawien dawna różne mniej, lub bardziej chore społeczności. Legenda ta będzie bardzo epicka i przepełniona bardzo wielką... mądrością zgromadzoną, przez te istoty przez wieki...
Był sobie człowiek. Miał brata. I co zrobił bratu? Zabił go, żeby mieć jego własność dla siebie - w tych kilku słowach opisałbym istoty ludzkie, gdyby zapytał mnie ktoś z innej planety.
"Ludzie, to bardzo złożone organizmy, zdolne do znoszenia niewyobrażalnych wysiłków i przeciążeń, bardzo uniwersalne twory, które odpowiednio zasiane, stają się szybko plagą świata, na którym zostały rozrzucone ich zarodniki. Niszczycielskie, wredne, żądne władzy nad innymi i kochające bezsensowną walkę." - Oto moja prywatna definicja człowieka.
Jednak patrząc ponad tym wszystkim człowiek ma przewagę nad każdym gatunkiem, z jakim się spotka. Wszystko przez emocje, które pływają w naszych żyłach. Zarówno te dobre, jak i złe emocje. Gdybyśmy byli pozbawieni tych uczuć zostalibyśmy zwykłymi maszynami do tworzenia idealnego społeczeństwa, bo nikim nie kierowałaby chęć władzy, rządza pieniądza, ani zwykła wredota. Po co więc ktoś dał nam te emocje? Są dwa wyjścia od tego pytania. Albo ktoś to zrobił dlatego, że mu się nudziło i chciał mieć okrutną rozrywkę, patrząc na Ziemię z daleka, albo... chciał stworzyć byt idealny, lecz przesadził. Istnieje przepis na człowieka, dzięki któremu byłby on idealną i najpotężniejszą jednostką we wrzechświecie, lecz musiałby ten przepis zastosować ktoś, kto nie jest człowiekiem, a zna się na nim najlepiej, czy nawet go stworzył. Niestety nie wiemy kto nas stworzył i czy w ogóle zostaliśmy przez kogoś stworzeni, więc musimy się zdać na siebie. Religia, to najgorsze, co może być, bo nie oddziałowuje ona na ludzki umysł, lecz na ludzkie serce, czyli jego uczucia, co jest największą pomyłką, jaką kiedykolwiek można było popełnić (kiedyś to może działało prawie tak, jak miało działać). Religia wpływa na serce ludzi, lecz na wszystkie ich uczucia. Ludzie są przepełnieni masą dobrych i złych uczuć, a takie coś, jak religia wpływa na wszystkie z nich, a co za tym idzie niekoniecznie musi nam to wyjść na dobre. Zresztą bardzo dobrze znamy swoją historię, aby wiedzieć, o czym mówię.
Idąc za tym, co powiedziałem, jestem przekonany, że człowiek NIE pozbawiony emocji ani dobrych, ani - uwaga - złych, może tworzyć najwspanialsze społeczeństwo. Niestety nie wszystko zależy od emocji. Połowa racji leży po stronie umysłu i to właśnie to jest nasze przekleństwo. Jesteśmy stworzeniami rozumnymi, inteligentymi, jak cholera, lecz niestety historia potoczyła się inaczej, niż byśmy tego chcieli i zawładnęli nami ci, którzy są albo tępi, albo emocje biorą górę nad ich umysłem. Idiota z wielkim sercem to po prostu upierdliwiec, z którym nie chcemy mieć nic wspólnego. Piekielnie inteligentny człowiek? Zdecydowana większość tych "inteligentnych" ludzi zostałą pokonana przez swoją własna inteligencję. Wiem, że zło, jakkolwiek tłumaczone, ma swój początek w czystej inteligencji połączonej z uczuciami ludzkimi. Nie wiem, czy zauważyliście to samo, lecz ja zawsze kojarzyłem wszelkie dobre aniołki itd z tępotą, ew. jakimś ograniczonym rodzajem mądrości, a na wskroś złe diabły i demony z - jak to słowo tu idealnie pasuje - piekielną inteligencją.
Często słyszę, bądź nawet spotykam ludzi, których podzieliłbym na dwie skrajności: inteligentne skurwysyny, i tępi szczęściarze. Ci pierwsi, to typ ludzi, którzy mają pojęcie o swoim intelekcie, tylko błędnie z niego korzystają. Bo sam intelekt, to nie wszystko - potrzebna jest jeszcze mądrość i wiedza. Osoby te są przekonane, że zło, jakim się kierują jest po prostu lepsze i nie ma o czym mówić. Niekoniecznie oni sami muszą twierdzić, że są "źli" - mówię ogółem. Są ponad wszystkim. Uwielbiają znęcać się nad tymi, którzy nie tryskają inteligencją, wywyższać się, chcą być we wszystkim zawsze na pierwszym miejscu, nawet, gdy czegoś nie potrafią (dążą do tego nieuczciwą drogą). Takim ludziom w większośći nie da się przemówić do rozumu. Przemówić im potrafi jedynie inna cholernie inteligentna osoba, która zgadza się z tym, o czym piszę i sama nie jest zagubiona w swoim własnym intelekcie. O właśnie - to jest dobre określenie. Zagubieni w swoim intelekcie. Są oni tak przepełnieni dumą i swoim jestestwem, że zapominają o wszystkim innym i o tym, ile dobrego mogli by zdziałać, używając tylko swojego mózgu.
Są też tacy inteligentni, którzy po prostu są znudzeni wszechobecną tępotą i ciemnotą i mają wszystko generalnie gdzieś. Tych akurat rozumiem i popieram. Świat jest zbyt ogromny, aby swoją maleńką jednostką mogli coś zdziałać, więc aby się bardziej nie denerwować, po prostu zamykają się w sobie i już. Przynajmniej ci nie są szkodliwi i wredni dla otoczenia.
Tępi szczęściaże. Cóż tu mogę wiele mówić, no są to osoby, które są po prostu zbyt głupie, aby w ogóle wiedzieć o tym, że takie są. Istnieją tacy i to więcej, niż sądzimy. Potafią wyrządzić szkody swoim istnieniem, jeśli są na jakimś wyższym stanowisku, całkie niechcąco, podczas, gdy myślą, że robią dobrze. Czasem przez swoje szczęście są groźniejszymi przeciwnikami od tych inteligentnych, bo nie da się przewidzieć ich kolejnego ruchu, co jest jeszcze bardziej frustrujące, od wojny z intelektem.
Ostatnia grupa, o której wspomnę, to tępi, ale tacy, którzy uważają się za inteligentnych... widząc takiego, mam ochotę zdzielić go przez łeb, bo czasem lubi się wywyższać, właściwie bez powodu. Łatwo mozna takich rozpoznać. Gadają z przekonaniem, są pewni siebie, wierzą, że tylko oni mają zawsze rację, a w rzeczywistości są powolni, jak jasna cholera. To tak, ja by maluch mówił o sobie, jak o ferrari i próbował driftować, wchodząc w zakręty.
Są jednak ludzie, których nie potrafię przypiąć do żadnej osoby z mojego podziału, przynajmniej bez bliższego poznania ich. Zgniótł mnie dzisiaj artykuł o jakimś księdzu (prałat Zbigniew Suchy), który na mszy powiedział, że szkoda, że to nie rozbił się samolot z Tuskiem, zamiast tego, w którym był Kaczyński. Swoją drogą, czyż to już nie przesada? Ci cwani psychopaci już tak bardzo czują się bezpiecznie, że kuźwa robi się coś gorszego, od średniowiecznej inkwizycji, bo tamci przynajmniej w pewnej większości byli ślepo zapatrzeni w swoja idiotyczną wiarę, a dzisiaj prawie każdy taki ksiądz i inny religijny pojeb jest fałszywy do cna. Oto ten artykuł.
[demotywatory nie pozwalają na wklejanie ich zdjęć, a nie chce mi się teraz ładować tego na jakiś serwer, więc daję linka :P http://demotywatory.com/4674]
Większość z Was uzna ten podział za bezsensowny. To zrozumiałe, bo możecie nie być w stanie sobie tego wyobrazić ;) Jeśli tak jest, to olej to, bo nie chcę czytać głupiego komentarza, że ten podział jest bez sensu.
Teraz wrócę do uczuć. Nawet ktoś, kto wie, skąd się biorą uczucia i potrafi je nawet naukowo wyjaśnić, co wcale nie jest trudne, może się na nich poślizgnąć. Jeśli kogoś to interesuje i się głębiej zastanowi, to widzi czym jest nienawiść, czym jest miłość, zazdrość itd. Nie trzeba tego nawet naukowo wyjaśniać, choć można gruntownie. Ale nawet ja nie potrafię przeskoczyć mojego człowieczeństwa. Ja też się wkurwiam i to nie raz, czasem aż tracę kontrolę nad sobą, jak mnie coś konkretnie zeźli. Teraz akurat zatraciłem się w miłości. Zdaję sobie z tego sprawę i przyznam, że jest mi o wiele łatwiej, gdy rozumiem to, co się ze mną dzieje. Ale tak, czy siak czuję to cholerne uczucie i nie potrafię się go pozbyć ;) Więc zawsze nasze prymitywne, czy raczej podstawowe człowieczeństwo ma na nas bardo wielki wpływ. Najtęższy umysł może sobie nie poradzić z emocjami. Najbardziej spokojnego czowieka mozna zdenerwować, najbardziej zimną sukę można rozkochać, czy wzruszyć. Aby nie przeciągać, to podsumuję to, co napisałem do tej pory. Nie zdawajcie się jedynie na swoje emocje, bo powinniście wtedy przegrać. Używajcie swojej głowy przynajmniej w takim stopniu, jak "serce". Nie wolno nadużywać ani jednego, ani drugiego. Między nimi musi być równowaga, bo z samą inteligencją zwariujecie, a z samymi emocjami przyniesiecie na siebie zgubę. Inna sprawa w przypadku kogoś takiego piekielnie inteligentnego. Ten nie dosyć, że utopił się w swoim pustym intelekcie i napędzają go negatywne emocje, to jeszcze nie opiera się o mądrość i wiedzę, które są niezbędne, przy takiej wyjątkowej osobie. Bardzo dużo zależy też od wychowania tekiego człowieka od najmłodszych lat.
Teraz wrócę do głównego tematu. Nie będę się już teraz tak rozpisywać.
"Dzisiaj opowiem historię o braterstwie i o bratobójstwie. Będzie to legenda istot, zwanych ludźmi, którzy tworzą od dawien dawna różne mniej, lub bardziej chore społeczności. Legenda ta będzie bardzo epicka i przepełniona bardzo wielką... mądrością zgromadzoną, przez te istoty przez wieki..."
Wszystko po kolei:
Braterstwo i bratobójstwo. O tym właściwie napisałem mojego pierwszego posta na tym blogu, więc powtarzać się nie będę. Generalnie: są ludzie, którzy bardzo wierzą w swoich braci, kochają ich ponad wszystko, cieszą się razem z nimi i smucą, jak stanie im się jakaś krzywda. "Braćmi" określa się tutaj ludzi, z którymi bardzo się zżyli, zbratali. Mogą to być osoby całkowicie nie powiązane ze sobą więzami krwi itd. Takich ludzi jest niestety mało, a szczeglnie teraz, bo było takich więcej kiedyś. Zazwyczaj są to braterskie uczucia między dwoma osobami, trzema, czy niedużą grupką ludzi (może być też zbiorowe braterstwo, np. całego narodu, gdy stanie się coś złego w postaci śmierci króla, czy wybuch wojny, ale to już inna bajka). Ktoś taki ma przesrane, bo nawet, gdy chce się podzielić swoją miłością do bliźniego, obojętnie, może być koleżanka, to ona potrafi go po prostu odrzucić, bo sądzi, że ten chce ją tylko przelecieć. Albo ktoś taki obroni staruszkę przed ekipą huliganów, to ta jeszcze się na niego rzuci z torebką, że i on chce ją obrobić. Ciężko jest wlać tę braterskość w serca ludzi jeśli nie czują oni tego, o czym piszę. Świat przepełniony jest niestety przekonaniem, że wszystko ma swoją cenę, że wszystko, to korupcja, że nic nie jest bezinteresowne i nikomu nie wolno ufać. Owszem, ja nie ufam prawie nikomu, ale tylko z tego powodu, że wiem, że nienależy tego robić w tym naszym chorym społeczeństwie. Za to prawie nikt nie rozumie tego, gdy chcę bezinteresownie pomóc przyjacielowi. Oczywiście wszystko ma swoją cenę... jasne. Ale dlaczego? Po co tak musi być? Wcale nie musi, tylko ludzie sobie to cholera ubzdurali. Chciwość, obłuda, duma, pycha, wredota. Naprawdę przeważąjąca większość moich znajomych jest choć w pewnym stopniu zarażona tymi cechami. Jak chcę coś komuś podarować, to odrzuca dar, bo boi się, że później ja wyciągnę doń rękę o coś innego. Ja sądzę, że braterska miłość jest piękna i często mam ogromną ochotę zrobić coś dobrego i życzliwego dla kogoś, na kim mi zależy. Bardzo często jednak zaraz mi się odechciewa i odchodzę z gorzkim smakiem w ustach po reakcji tego kogoś i sam staję się na pewien czas chamem, bo po prostu mnie to już wkurwia. Proszę Was, opanujcie się czasem... to moja odezwa.
Co do bratobójstwa, to sami powinniście wywnioskować co to jest, z tego, co napisałem o braterstwie. Zabić kumpla, żeby nie stanowił on konkurencji, bo oboje są cholernymi samcami alfa. Zabić sąsiadkę, bo jest bogatsza. Zabić nauczyciela, bo wymaga nauki. Zabić inną osobę w kolejce w banku za to, że tam w ogóle stoi. Zabić prezydenta za to, że ma całe państwo na głowie i nie wyrabia. Zabić przechodnia, bo ma brzydki ryj. Dla mniej kumatych zaznaczam, że to "zabić" głównie piszę w cudzysłowiu. A teraz się zastanówcie. Może to nie ci ludzie, których macie ochotę zabić są problemem, tylko Wy sami? Może to raczej Wy sami powinniście postarać się skoczyć z dachu, żeby inni mieli od Was święty spokój? Oni Wam w większości przypadków niczym nie zawinili, a napewno nie zawiniliby, gdybyście nie dawali im do tego powodów. Moim zdaniem, moją prawdą i moja mądrością jest przekonanie, że życie w braterstwie jest o wiele ciekawsze, łatwiejsze i lepsze, od życia bratobójczego!
Społeczność... praktycznie każda społeczność ludzka jest chora, poczynając od tych wielkich, po te najmniejsze. Do tych wielkich zaliczamy takie coś, jak państwo, a mniejszych grupy takie, jak goci, emo, huligani, punki itd. T-o j-e-s-t c-h-o-r-e. Gdyby nie było podziału na kraje, nie byłoby wojen. Gdyby goci nie lubili emo, nie doszłoby do aktu kanibalistycznego w rosji :P (dalej z tego nie mogę) Gdyby huligani nie nienawidzili wszystkiego, co żywe, cholerna Warszawa byłaby o wiele przyjaźniejszym miastem. Zresztą to jest aktywne nawet w sprawach, o których nie myślimy na codzień. Np. ekonomia. Kapitalizm. Amerykański kapitalizm opiera się na regularnym wzroście bogactwa, doskonaleniu przez system wszystkiego wewnątrz kraju i ogólnie rozwoju. W tym wszystkim jednak nie uwzględnia się uczuć pojedyńczej jednostki. System sam w sobie jest dobry, bo lepszego właściwie nie wymyśliliśmy, jeśli chodzi o rozwój ogólny, lecz między tymi sowami panuje chamówa, wrogość i ukryta wojna. Zresztą ekonomia, to "wojna bez rozlewu krwi". Ale teraz uwaga. A Konfucjusz? Haa... połowa z Was pewnie nie wie co to w ogóle za facet, jeno obiło Wam się po uszach to słowo. To starożytny mądry człek z azji. Konfucjusz żył jeszcze, jak my biegaliśmy z przepaską na biodrach, choć to akurat głupie porównanie, bo prawdę mówiąc w azji wszystko było szybciej. To tam wynaleziono przeważającą część wynalazków itd, których używamy do dziś. Od przedmiotów takich, jak sekstans, przez takie rzeczy, jak choćby budowa miasta na planie kwadratu i krzyżujących się ulic, kulisty globus i kulki analne, po perfekcyjnie rozwiniętą sztukę wojny. Starożytnych chińskich i japońskich traktatów o sztuce wojny używa się do dziś zarówno na wojnach, jak i w zwykłej ekonomii, czy nawet prostym życiu, o czym nie "mamy" pojęcia. My w europie wtedy jeszcze kombinowaliśmy, z której strony dzik ma dupę, a z której ryj. A więc... to, co chciałem napisać te kilka zdań wcześniej. Konfucjanizm popiera kapitalizm i to pełną gębą, LECZ... w konfucjaniźmie zwraca się uwagę na poszczególne jednostki ludzkie. Nie na MASĘ. Weźmy na ten przykład firmę Toyota. Kierują się oni właśnie tymi konfucjunistycznymi zasadami. Nie gnoją każdego pracownika, nie robią nagonki. Ludzie, którzy wiedzą, jak jest w tej firmie nie opuszczą jej za żadne skarby świata, bo czują się tam lepiej, niż w domu. Budują firmy, gdzie nie ma więcej niż stu pięćdziesięciu pracowników, żeby nie traktować ich jak zbitą masę, wbrew zasadom ekonomii. Jakiś czas temu w pewnej fabryce Toyoty, tu, w Polsce, ciągle ginęły długopisy, przy taśmach produkcyjnych i czasem robota się chamowała, bo pracownicy mieli problem z oznaczaniem czegoś tam. Pewien "genialny" Polak - zwykly pracownik - wykombinował, żeby robić długopisy na łańcuszkach przy każdej maszynie, czy coś w tym stylu, a że firma co miesiąc organizuje spotkania, na których pracownicy mogą przedstawić swoje uwagi, skargi itd, to pan pracownik powiedział im o tym. Firmie się to bardzo spodobało, i gdy zauważyli, że nawet zaoszczędzą kupę kasy na ginących długopisach, wynagrodzili pana pracownika wyjazdem dla całej rodziny do Japonii, gdzie mieści się siedziba ich firmy. I co? Pojechali tam i zaproszono ich nawet do jakiejś tam głównej fabryki. Gdy zwiedzając tę firmę, jakiś japończyk krzyknął, że "to ten Kowalski, który wymyślił długopisy na łańcuszkach!"... to czy taki pracownik, po takim uznaniu ze strony firmy, w której został potraktowany wręcz, jako bohater wojenny, zrezygnuje ze swojej pracy? Nie! I dodatkowo będzie się starał wymyśleć coś nowego, co usprawni działanie firmy. Gdzie indziej, gdzie pracownicy to psy i mięso spotkacie się z takim przywiązaniem, wręcz braterskim pracownika do firmy? Nigdzie.
Tę historię usłyszałem akurat na wykładzie. Pewnie połowę pokręciłem, ale ogólny zarys jest prawidłowy i o to chodzi.
Ostatnia rzecz: mądrość zgromadzona przez wieki. A gówno prawda, bo cały czas popełniamy, jako całe społeczeństwa i jako samotne jednostki te same błędy, jakie popełnialiśmy i 2 tysiące lat temu. No bo kurwa. Komu się chce uczyć historii? Po co to komu właściwie? "To stało się tak dawno, że mnie to w ogóle nie dotyczy i mam do głęboko w dupie". W takim razie palnij się w łeb, skoro tak myślisz, bo popełniasz ogromny błąd. Tylko na podstawie analizy wszelkiej historii możemy uchronić sie od popełniania tych samych popełnionych już wcześniej błędów. Z historii możemy nauczyć się bardzo wiele i nauczymy się z niej takich rzeczy, jakich nikt nie nauczy nas bez jej znajomości.
Na koniec chciałbym coś jeszcze sprostować ^^ Wróćcie do tego, co pisałęm o braterskim życiu. Nie mam na myśli zniewieściałych wszędobylskich aniołków, które kochaaaaaaaaaaają wszyyyyyyyyystkoooooooo dookołaaaaaaaaa i sąąąąą dooooobre i nie zabijaaaaaaaaająąą bezbronnych muuuuuszeeek i w ogóle są cacy. O nie, to ja już wolę takie głupie społeczeństwo, w jakim żyjemy ;p Nie mówię o aniołeczkach w getrach, które wzdrygają się na słowo "kurwa", jak na najgorsze plugastwo na świecie i przestępstwo, lecz po prostu o świętym braterstwie, gdy jeden człowiek z własnej woli poda drugiemu dłoń w potrzebie i nie wytrze jej później o ścierkę z obrzydzeniem, ani nie napluje mu w twarz. Gdy jeden człowiek jest skłonny oddać życie w obronie drugiego i nie stanie po stronie tego "silniejszego"...

Kocham cię, wiesz? jak dorwę, wyściskam, wytulę i puszczę na wpół żywego tylko za ten artykulik. gdyby więcej było osób twojego myślenia, ten świat byłby cudowny. A tak - zapewne spora liczba osób po prostu spojrzy i pójdzie dalej, przejąwszy się liczbą literek w tekście. Albo poczytają tylko to czarne, szare zostawiając innym.
OdpowiedzUsuńEhhh. Oby tak dalej ^^
A więc czekam z niecierpliwością :D
OdpowiedzUsuńMasz moje słowo, panie B. ;) jak cię dorwę, to mąż pewnie mi uszy natrze, ale pal licho, należy ci się wyściskanie za wsze czasy, o! :D Mruuuk! :D
OdpowiedzUsuńPowinienem częściej pisać takie posty xD
OdpowiedzUsuńNo ja się nie pogniewam ;) W końcu pasjonująca lekturka! :D
OdpowiedzUsuńHm... możliwe, że na następny nie będziesz musiała długo czekać :D
OdpowiedzUsuńŻe tak powiem... Yes, yes, yes! :D
OdpowiedzUsuńPowiem ci, że czasem mnie przerażasz...
OdpowiedzUsuńz 2giej strony ciekawe do jakiej grupy mnie zaklasyfikowałeś.
Twoje przemyślenia przypominają nieco Morusa i Utopie. Piękna (dla ciebie) wizja, ale co z tego? Mówiąc fer gdyby świat był taki jakim go chciałbyś widzieć to Marks byłby prawie że w raju.
Nie da się, ale fajno mażyć ;)
Fffffffffffffuuuuuuuuuuuuu.....
OdpowiedzUsuńtaki komentarz Ci mistrzu odwaliłem, że głowa mała i musiało mi przerwać neta :(
teraz Ci tylko napisze, że tym razem przeszedłeś samego siebie :D
Zawsze można postarać się zacząć od siebie, choć jeśli inni nie wykazują chęci do czegoś takiego, to raczej ciężko... pewnie masz rację, co do tej utopii, ale zdaję sobie z tego sprawę :P Może mówię ogółami, ale kieruję to raczej do osób pojedyńczych na większych przykładach.
OdpowiedzUsuńDo jakiej grupy...? W sumie trochę źle zrobiłem, że nie wydłużyłem tego posta o kolejny akapit, bo uważam, że ludzi nie da się umieszczać w sztywnych czterech ramkach do wyboru. To głupie. To, co ja opisałem, to moje przemyślenia na temat zazwyczaj widzianych przeze mnie typów ludzi i bardzo stereotypowych na swój sposób. Jeśli miałbym to dogłębniej rozwijać, to zwyczajnie od tych czterech, no... może kilku więcej przykładów ludzkich modeli bym wychodził, jako z podstawy. Każdy człowiek bowiem jest inny i nawet, jak grupa ludzi wygląda tak samo, ubiera się tak samo, mówi na siebie w ten sam sposób i tym samym językiem, to każdy z nich jest trochę inny. Różnimy się wieloma cechami, wrażliwością na emocje, atutami, poglądem na świat, wychowaniem itd. Ciebie bym zaliczył do tych z inteligentnej półki, ale do której inteligentnej, to ciężko powiedzieć, bo jesteś nietypowym przypadkiem :P Na pewno nie jesteś w pełni tym skurwysyńskim intelektem, ani tym spokojnym, zrównoważonym. Masz cechy obu i to całkiem normalne. Z całą pewnością zdajesz sobie zprawę ze swoich możliwości i na całe szczęście z nich korzystasz, lecz nie w taki zaślepiony sposób.
O fak, patrzcie, co znalazłem xD http://pl.wikipedia.org/wiki/Inteligencja_emocjonalna
OdpowiedzUsuń