czwartek, 28 października 2010

Dziewczyny

Jadąc dzisiaj tramwajem i przyglądając się przechodniom (zwykle czytam książkę, ale nie było wolnego miejsca, bo wsiadałem na rynku) zrozumiałem, co mi po głowie chodzi od jakiegoś ostatniego czasu. Po ulicach chodzi coraz więcej ładnych dziewczyn. Ha śmiesznie musi brzmieć to stwierdzenie na moim blogu :P

Dajcie mi się ponapawać tą chwilą.



Jeszcze trochę.



No dobra, już.
Chodzi mi o to, że zawsze, jak patrzyłem na przechodzących ludzi, to faceci wydawali mi się pustymi młotami, a dziewczyny wyglądały, jak ladacznice. Teraz takich jest mniej. Gdzie nie spojrzę, to ładna dziewczyna się czai, z ładną przyjazną twarzą, ciekawie ułożonymi włosami i nieźle ubrana. Do tego większość jest uśmiechniętych. Dam głowę, że jeszcze z rok-dwa temu na mieście widziałem same "kurewki" o wkurwiającym spojrzeniu, grubej dupie i włosach ułożonych w idealny hełm. Zachowujące się, jak burdelmamy w otoczeniu pracownic i klientów. Faceci też jacyś tacy inni, lepsi są. Oczywiście, nawet dzisiaj do tramwaju wbiegła hałastra, która rzucała tak głupimi tekstami, że musiałem założyć słuchawki, aby mnie szlag nie trafił, ale oni byli z drugiej gimnazjum, więc nie dziw. Generalnie widzę znaczną poprawę, tak jakby coś ruszyło na przód. I jestem z tego powodu rad wielce. Teraz zostaje mi obserwować dalej.
Wczoraj dowiedziałem się od kumpla z roboty pewnej ciekawej rzeczy. Na mózg człowieka wpływa otoczenie i to wie chyba każdy, kto ma go trochę w czaszce. I oddziaływuje też na niego nasza własna planeta. O tym, że wszechświat zbudowany jest z wibracji (czego nie będę teraz wyjaśniać, bo jest to zbyt skomplikowany temat) wie już jednak znacznie mniej osób. Mózg człowieka nastawiony jest, aby działał na maksymalnych obrotach przy 12 wibracjach ziemi na sekundę. Dawno temu tak właśnie było, ale malało. W czasach średniowiecza doszło do jednej wibracji na sekundę, czyli niewyobrażalnie mało. Wyobraźcie sobie dzień przy niebywale niskim ciśnieniu, kiedy to chcecie iść spać, zanim zwleczecie się z łóżka. A teraz jak by tak Wasz mózg pracował tak samo ociężale na poziomie intelektualnym. Zbyt dużo, to byście nie wymyślili. Obecnie wibracje rosną z szybkością potęgująco przyspieszoną i jest obecnie 8 wibracji na sekundę. W 2012, jak na ironię na rozpoczęcie nowej ery, ma być aż 12, czyli tyle, ile potrzeba, abyśmy prawdopodobnie wskoczyli na wyższy poziom intelektualny, duchowy, emocjonalny itd, czyli po prostu możemy potencjalnie przejść do czwartej gęstości (nie potrafię tego wyjaśnić prostymi słowami - po prostu kolejny poziom egzystencji). A wiem, że mamy właśnie po 2012 stać się istotami czwartej gęstości, więc można te informacje łatwo powiązać ze sobą. Obecnie jesteśmy trzeciej gęstości. Druga gęstość, to zwierzęta, a pierwsza obiekty takie, jak kamienie i rośliny. Potem są inteligencje zbiorowe, aż w końcu istota boska na siódmym, albo dziewiątym poziomie (nie pamiętam teraz, ale to nieistotne). Tamto o wibracjach jest wyjaśnione naukowo i nie ma tu nic niewiadomego. Czysta nauka, choć wielu uważa to jeszcze za jakiś element metafizyki tak, jak resztę rzeczy związanych z budową i funkcjonowaniem wszechświata. O nim samym jednak opowiem innym razem, bo muszę nad tym przysiąść i porządnie pomyśleć, aby zmieścić tu wszystko, w zrozumiały sposób. A nie mam teraz czasu i chęci. Cały czas przekładam napisanie o tym.
Razem ze wzrostem wibracji planety widać zauważalny wzrost ilorazu inteligencji ludzi z naszej planety a także wzrost liczby populacji. Są to rzeczy nie na rękę wielkiej trójcy (Rockefeller i dwóch innych, nie pamiętam ich nazwisk). Wiele już słyszałem o takich typach tak samo, jak o Iluminatach, o których naczytałem się już wystarczająco i wiem, że jeśli istnieją, a jest wiele na to dowodów, to ich działania nie robią zbyt dobrze ludziom na świecie. Lekko mówiąc. A konkretniej, to najchętniej powybijali by połowę z nas. Ale tu już schodzę na różne teorie i tak dalej i nie mogę tutaj niczego konkretnego przedstawić, więc dam z tym spokój. Chciałem tu tylko dodać, przy tym wzroście wibracji i związanym z nimi wzrostem populacji na świecie zdanie przykładowe o ptasiej i świńskiej grypie. Udowodniono, że są to choroby wyprodukowane w laboratorium, a nie przez naturę a są pogłoski, że właśnie tamta trójca może być za to odpowiedzialna, aby zahamować wielki wzrost prędkości przybywania populacji. Nie są oni jednak tematem mojego posta, są to tylko domysły, a ja w każdym razie z doświadczenia wiem, że to też może być prawdą. Odstawiamy ich na dalszy plan. Pisałem o wibracjach, o wzroście naszego zaawansowania intelektualnego, emocjonalnego i duchowego, a jeszcze wcześniej po prostu o ładnych dziewczynach. Nie chcę na siłę zaczynać łączyć oba fakty, tylko po prostu piszę to po to, aby stwierdzić, że jestem zadowolony i dumny, że na moich oczach ludzie się zmieniają. Na lepsze. Nie wszyscy oczywiście, bo dodatkowe "bonusy", jakie niesie taki przyspieszony rozwój poprzez wibracje ludzie mogą wykorzystać różnie, także w tę złą stronę albo nie dać rady, ale na ulicy w przewadze widzę poprawę na lepsze. I przynajmniej nie trafia mnie tak bardzo szlag, gdy jadę tramwajem :P Czuję, że epicko się wszystko rusza do przodu. Jeszcze niedawno wolałem siedzieć w domu, aby tylko nie patrzeć na tych ludzi. Teraz jest inaczej. A to o wibracjach, gęstościach i ewolucji dodałem w sumie po to, aby przy okazji wnieść coś więcej do posta. Więc początkowo chciałem napisać tylko to, co przed wielką pauzą...
Jeszcze jedno: od ludzi na ulicy wali seksem na kilometr. I uwaga - bardzo dobrze. Bo jest tak w sensie pozytywnym. Radość jest obecna na większej ilości twarzy, jakie spotykam, a dziewczyny nie przedstawiają swoimi osobami tylko seksu, ale też miłość. Jakoś takie mam wrażenie. Bardzo cieszy mję ten fakt, ponieważ seks jest dobry. Jesteśmy istotami podzielonymi na płci. Nie jesteśmy hermafrodytami i dla nas seks jest czymś naturalnym, zdrowym (jeśli się go nie nadużywa w potencjalnie szkodliwy sposób) i przyjemnym. Jeśli ktoś uprawia go często, to jest bardziej odporny na choroby (nauka). I z większością dziewczyn, które widzę obecnie na ulicy zrobił bym to z wielką chęcią. Ale jeszcze te dwa lata temu prędzej zdzielił bym je w pysk i zrzucił z dachu. Za ich kurestwo, za to, że wyglądały, jak ladacznice, dziwki bez żadnych moralnych blokad, mogących zrobić loda za każdym rogiem. Ba, obecnie też takich jest pełno, ale mam na myśli ogólnie większość. I to też mi się zaczyna podobać. Jeszcze do niedawna wymieniałem szczery uśmiech może z jedną dziewczyną w tramwaju na rok. Teraz zdarza się to częściej. No... prawdą jest też to, że wcześniej chodziłem do liceum, albo gimnazjum i byłem małym kurduplem, a dziewczyny pryszczatymi kretynkami z za dużymi dupami, ale tak czy siak patrząc na ludzi widzę poprawę. Jedziemy do przodu ;> Elementy tabu zaczynają być dla nas naturalną rzeczą, trybem naturalnym, a nie filozofią na siłę naturalizującą coś, co dotąd było "złe". Filozofią przeciwstawiającą się na chama światu. I mimo, że nikt o tym nie mówi w taki sposób, jak ja, to wewnątrz siebie to czujemy. I nie mylcie tego ze zwykłym, indywidualnym dorośnięciem. Najlepiej można by skwitować moje wypracowanie zdaniem: świat na powrót dojrzewa i rozpędza się, a ludzie dorastają z epoki ciemnoty. Cywilizacja wraca do kondycji sprzed 30 tysięcy lat, ale do tego, to akurat jeszcze sporo pracy... i czasu. Nie mówiąc o półtora milionach lat wstecz. He... napiszę o tym kiedyś. Znacie powiedzenie "sto lat za murzynami". A powinno być "półtora miliona lat za murzynami" ;> W każdym razie jestem ciekaw, co na nas czeka za kilka lat! Wszyscy, którzy przeczytacie mojego posta, spróbujcie sobie o nim przypomnieć za rok, a potem za dwa. I sami zauważcie zmiany, jakie w otoczeniu nastąpią.

niedziela, 24 października 2010

To się w pale nie mieści

To będzie prawdopodobnie mój najkrótszy post na tym blogu.

Facebook:
"I** S******* i M***** R****** lubią: Kurwa, ale zimno."


Już o tym pisałem, zapraszam do lektury poprzedniego posta.

środa, 14 lipca 2010

Wieczne narzekanie

Ludzie bez przerwy na coś narzekają. Ciągle i wszędzie i bez końca. Nie cierpię tego... głównie my - Polacy kochamy narzekać, biadolić i kurwić. Kiedyś w sumie czytałem, że u nas najwięcej jest narzekania, w stosunku np. do miłości, czy radości. A to przez to, że czujemy się narodem dumnym, który przetrwał wiele i jest tak na prawdę rozrywany nadal, tylko wojna trwa na poziomie, politycznym a nie dosłownym, jako wojna. Nie wpadłem tutaj jednak pisać o Komorowskich, POlszewikach i innych równie wartych, którzy fałszują głosy na samych siebie. Chodzi mi o narzekanie. Co rusz widzę, że ktoś coś ględzi pod nosem, biadoli, jak stary dziad i nic mu się nie chce. Ba! Prawda to, że sam miałem kiedyś tendencję do narzekania, lecz, gdy przejrzałem na oczy, co ja takiego robię i jak to ochydnie wygląda, to przestałem to robić. I co? Zamiast tego nauczyłem się czuć otoczenie, żyć z tym, co mam, dążyć niezłomnie do tego, co chcę mieć, a czego jeszcze nie mam i cieszyć się życiem. Lecz jak tu jednak cieszyć się życiem przy Was? Ano nie da rady w większości przypadkach. Na szczęście mieszkam w dzielnicy dość oddalonej od centrum. Tylko wystarczy, że przejdę się po rynku albo tylko do niego zbliżę, aby mi oczy krew zalała, gdy widzę twarze ludzi w tramwajach, czy na ulicy. Lecz i tutaj - na moim pięknym zadupiu - nie jestem uwolniony od tego całego dziwactwa. Choćby internet. Tu jest jeszcze gorzej. Jak widzę ludzi na ulicach, to tylko mogę się domyślać, co mają w głowach. Po wyrazie twarzy, po ubiorze i gestach. Lecz na portalach społecznościowych? Ooo... tam, to już nie muszę się niczego domyślać, ani rozgryzać, co idzie mi bardzo dobrze. Tutaj wszyscy robią z siebie kretynów bez proszenia ich o to ;p Nikt im nawet za to nie płaci i to mnie zdumiło! To musi być jakieś hobby, bo ja nie rozumiem... tak, wiem: Fajnie jest czasem się komuś wyżalić, wypłakać, pokurwić na coś. To jest całkowicie zrozumiałe i nawet potrzebne, dla zachowania równowagi, bo wiecznie przyklejonego banana mieć się nie da na obecnie na naszej planecie. Każdy z nas ma jakieś problemy wewnętrzne, bądź zewnętrzne, lecz po pierwsze trzeba umieć sobie z nimi radzić, po drugie nie obciążać nimi innych. Nie mam na myśli tutaj zwrócenia się do przyjaciela o pomoc w trudnej sytuacji, czy wygadania mu się z tego, co nas trapi. Jednak to, co ja widzę na codzień, to jest definitywna przesada. Ludzie uwielbiają narzekać na dosłownie wszystko. I pewnie wielu zdziwi to, jak zakończę tego posta. Oto jego końcówka:
Wkurwiłem się kolejny raz i stwierdziłem, że walnę tu post. A wkurwiłem się widząc kolejną głupią grupę na facebooku, cytuję: "Kurwa, jak gorąco..." - tak brzmi jej tytuł. Za to przez całą zimę prześladowała mnie grupa fanatyków: "Zimo wypierdalaj". Co najlepsze - wszyscy ludzie, którzy dołączali się podczas zimy do tej zimowej grupy, teraz dołączają się do tej o gorącu. Ja już się po prostu nie będę teraz rozwodzić kolejnymi kilkoma zdaniami na temat, jaka jest to schizofrenia. Po prostu podsumuję: Albo musicie nauczyć się żyć w takim otoczeniu, jakie macie, albo wyjazd do innego kraju, albo powstrzymajcie te swoje wstrętne paluchy od klawiatury, aby nie podnosić biednego ciśnienia takich dziwnych ludzi, jak ja! Powiecie: to nie korzystaj z facebooka. - Ja już korzystam tylko z niego i z niczego innego i to głównie po to, aby jakiś stary znajomy mógł się ze mną skontaktować, jak mu coś do łba strzeli. Jednak to nie moja wina, że ludzie są żałośni. Wystarczy, że na kilka sekund zawieszę wzrok na ścianie głównej i... nieważne. I tak już wielu ze znajomych wywaliłem i mam przynajmniej o 50% więcej spokoju, gdyż to byli już rzeźnicy.
Owszem - jak jest 40 stopni, to i mi czasem zdaży się ponarzekać, jak coś robię, bo to jest już dość wysoka tempertura. Jednak na -25 nigdy nie powiedziałem złego słowa, a wręcz czuję się wspaniale podczas takiej pogody. Niektórzy z nas mają upodobania: jeden woli mróz, drugi kocha upał. Ja lubię praktycznie każdą pogodę, oprócz skwaru 40C+ w nieportowym mieście. Ale bardzo przesadzacie, gdy narzekacie na KAŻDĄ temperaturę i na dosłownie WSZYSTKO, również poza pogodą, co Was otacza. Ile można, nosz do k... strasznie popularne jest zdanie "bo inni zobaczą". Ja ani razu go nie posłuchałem, ale może Wy powinniście, tak samo gdy chodzicie do kościoła, aby się tam pokazać, czy iść "wylansować" do galerii.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Nie bądź botem

Mój dzisiejszy post jest krótki. Naszła mnie pewna myśl i stwierdziłem, że można z tego zrobić post na blogu ;)


Zacznę bez epickich wstępów, jestem po nocce i mimo, że jestem rzeźki po 9 godzinach, to jednak pokłady glukozy w mózgu po całej nocy liczenia są z deka niskie ;p czyt.: nie chce mi się myśleć, bo się zmęczę, jak stary dziod. Btw, dzisiaj spotkałem 86-latka na poczcie, skubany z laską, ale taki żwawy i z pewnym, donośnym głosem, że stwierdziłem, że jest godny naśladowania :D Bierzcie z niego przykład, a nie narzekajcie, że macie 15-25 lat i Was wszystko boooooli.

Jesteś królem własnego życia. Wyjdźmy poza te wszystkie przynależności do jakiegoś kraju, rodziny itd. Jesteś królem własnego życia. Król jest święty, król jest najmądrzejszy, król ma władzę i ma on zarówno swoich zwolenników, co wrogów. Wielu ludzi stara się być na tyle dwulicowymi, aby przypodobać się wszystkim. Jest to definitywny błąd, bo i tak wszystko wychodzi w praniu. Są oni dwulicowi (albo raczej wielotwarzowi) spotykając się z różnymi znajomymi osobno, albo po prostu przez internet, który nie stawia przeciw temu blokad. Jeśli nie jesteś uczestnikiem jakiejś wojny (zakładając, że życie wśród ludzi nie zaliczmy do takiej wojny), to jest to godne pożałowania. Jeśli jeden mówi A, i Ty też mówisz A i się z tego cieszysz, a następnie widząc się z kimś innym mówisz mu B i narzekasz, że poprzednia osoba mówi A i jest głupia. Jest to najprostrzy schemat, jaki udało mi się teraz wykombinować xD Mimo wszystko nie jestem mega superhumanem i jestem trochę śpiący, choć, gdyby było więcej do roboty, to bym robił ile trzeba, bo za godziny płacą. Ja jestem tylko bez tego mega :P
Wracając do króla, to chodzi mi po prostu o to, że nawet jeśli nie przeskoczysz pewnych rzecy, takich, jak prawo i różne inne rzeczy, kontrolujące człowieka i karzące im robić to, a nie tamto, to jednak nadal jesteś tym cholernym królem. Władza też ma pewne ograniczenia, bo nawet jeśli król stoi ponad prawem, to swoimi działaniami może doprowadzić do zbrojnego powstania wieśniaków ;p
Są królowie dobzi, źli, inteligentni i głupi. Jakim królem będziesz Ty, to zależy tylko od Ciebie i nie ma pierdolenia, że jesteś nieśmiały, albo chcesz chodzić z dziewczyną, która normalnie nie zwróciłaby na Ciebie uwagi. Ona później i tak pozna Ciebie głębiej, więc raczej zacznie Cię zdradzać, a Ty, jeśliś emus, powiesisz się, pocięty w kiblu, albo ubijesz ją szpadlem. Nie warto grać na kilku frontach, a Ty nie ukrywaj tego, jaki jesteś nigdy. Bądź dumny ze swoich skrzywień, upodobań, emocji i poglądów, choćby pół światam miało się z Ciebie śmiać. Zawsze znajdzie sie ktoś, komu będzie się podobało to, jaki jesteś - jeśli o to się martwisz. Kimże JA bym był, gdybym nagle zaczął chodzić do kościoła codziennie, by modlić się po 5 godzin? Byłaby to wiara na pokaz a ja sam sobie bym nigdy nie zaufał, gdybym był osobą trzecią i wiedział, co robię. To Ty decydujesz, jakim królem będziesz, ale pamiętaj, że jeśli nie będziesz ukrywał tego, jaki jesteś na prawdę i nigdy nie będziesz wstydził się swojego jestestwa, zostaniesz królem królów.
Co z tego, jeśli 90% Twoich znajomych uwielbia białą bluzkę? Jeśli Tobie się podoba różowa, to ją kup! Będziesz tym dziesiątym procentem, ale za to będziesz naturalny, a nie modyfikowany genetycznie. Jeśli sądzisz inaczej od innych, to nie ukrywaj tego. Nie musisz iść znowu w drugą skrajność i przeszkadzać wszystkim i negować ich na siłę, lecz jeśli sądzisz inaczej od większości, to tym lepiej, jeśli o tym powiesz. Jeszcze zobaczysz, że kilka osób z tej ekipy podzieli Twoje zdanie, podczas, gdy wcześniej bali się to ujawnić. Co innego z taką sprawą, jak zboczenie sexu ze zwierzętami :P Jak powiesz na faacebooku ludziom, że kochasz sex ze swoim psem, to uznają to za żart, a jak zaczniesz ich zasypywać rodzajowymi zdjęciami z neta... no cóż. No nie radzę :P Wszystko musisz robić z głową, nie popadać w skrajności i nie udawać zupełnie innej osoby, bo to ostatnie powinno być karalne dożywotnie.
Na koniec zacytuję mojego wujka. Jego słowa są wulgarne, ale uwielbiam przytaczać cytaty w oryginale. Mój wujek jest gejem i nie wstydzi się tego. Mówi, że jak komuś coś nie pasuje, to ma to w dupie. Swoją drogą jest to mój ulubiony wujek, kurcze gdyby nie wyszło coś głupiego w obecnej sytuacji, to bym powiedział, że go kocham :P
Oto one...

"Jesteś, jaki jesteś i chuj. Jeśli komuś się coś nie podoba, to niech wypierdala i koniec. Jesteś, jaki jesteś i chuj, nie ma o czym gadać."


Słowa wulgarne, ale za to jakie przesłanie za sobą niosą ;) Zresztą padły, jak byliśmy sam na sam, więc nie oszukujmy się, mało kto bawi się w piękne słówka, jeśli nie jest publicznie - bez przesady.
Chcę jeszcze dodać, że mój post nie dotyczy orientacji seksualnej. To znaczy dotyczy, ale nie o to mi chodziło pierwotnie, więc po prostu zastanów się, zanim zrobisz kolejną rzecz, która pasuje do tego tekstu.

Zostań królem królów! Na pewno będziesz wtedy bardziej szanowany, niż jakaś szara małża, która ślizga się od osoby do osoby i ostatecznie pozostaje bez twarzy, aż ją ktoś zeżre na koniec.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Braterstwo i uczucia

Dzisiaj opowiem historię o braterstwie i o bratobójstwie. Będzie to legenda istot, zwanych ludźmi, którzy tworzą od dawien dawna różne mniej, lub bardziej chore społeczności. Legenda ta będzie bardzo epicka i przepełniona bardzo wielką... mądrością zgromadzoną, przez te istoty przez wieki...


Był sobie człowiek. Miał brata. I co zrobił bratu? Zabił go, żeby mieć jego własność dla siebie - w tych kilku słowach opisałbym istoty ludzkie, gdyby zapytał mnie ktoś z innej planety.
"Ludzie, to bardzo złożone organizmy, zdolne do znoszenia niewyobrażalnych wysiłków i przeciążeń, bardzo uniwersalne twory, które odpowiednio zasiane, stają się szybko plagą świata, na którym zostały rozrzucone ich zarodniki. Niszczycielskie, wredne, żądne władzy nad innymi i kochające bezsensowną walkę." - Oto moja prywatna definicja człowieka.
Jednak patrząc ponad tym wszystkim człowiek ma przewagę nad każdym gatunkiem, z jakim się spotka. Wszystko przez emocje, które pływają w naszych żyłach. Zarówno te dobre, jak i złe emocje. Gdybyśmy byli pozbawieni tych uczuć zostalibyśmy zwykłymi maszynami do tworzenia idealnego społeczeństwa, bo nikim nie kierowałaby chęć władzy, rządza pieniądza, ani zwykła wredota. Po co więc ktoś dał nam te emocje? Są dwa wyjścia od tego pytania. Albo ktoś to zrobił dlatego, że mu się nudziło i chciał mieć okrutną rozrywkę, patrząc na Ziemię z daleka, albo... chciał stworzyć byt idealny, lecz przesadził. Istnieje przepis na człowieka, dzięki któremu byłby on idealną i najpotężniejszą jednostką we wrzechświecie, lecz musiałby ten przepis zastosować ktoś, kto nie jest człowiekiem, a zna się na nim najlepiej, czy nawet go stworzył. Niestety nie wiemy kto nas stworzył i czy w ogóle zostaliśmy przez kogoś stworzeni, więc musimy się zdać na siebie. Religia, to najgorsze, co może być, bo nie oddziałowuje ona na ludzki umysł, lecz na ludzkie serce, czyli jego uczucia, co jest największą pomyłką, jaką kiedykolwiek można było popełnić (kiedyś to może działało prawie tak, jak miało działać). Religia wpływa na serce ludzi, lecz na wszystkie ich uczucia. Ludzie są przepełnieni masą dobrych i złych uczuć, a takie coś, jak religia wpływa na wszystkie z nich, a co za tym idzie niekoniecznie musi nam to wyjść na dobre. Zresztą bardzo dobrze znamy swoją historię, aby wiedzieć, o czym mówię.
Idąc za tym, co powiedziałem, jestem przekonany, że człowiek NIE pozbawiony emocji ani dobrych, ani - uwaga - złych, może tworzyć najwspanialsze społeczeństwo. Niestety nie wszystko zależy od emocji. Połowa racji leży po stronie umysłu i to właśnie to jest nasze przekleństwo. Jesteśmy stworzeniami rozumnymi, inteligentymi, jak cholera, lecz niestety historia potoczyła się inaczej, niż byśmy tego chcieli i zawładnęli nami ci, którzy są albo tępi, albo emocje biorą górę nad ich umysłem. Idiota z wielkim sercem to po prostu upierdliwiec, z którym nie chcemy mieć nic wspólnego. Piekielnie inteligentny człowiek? Zdecydowana większość tych "inteligentnych" ludzi zostałą pokonana przez swoją własna inteligencję. Wiem, że zło, jakkolwiek tłumaczone, ma swój początek w czystej inteligencji połączonej z uczuciami ludzkimi. Nie wiem, czy zauważyliście to samo, lecz ja zawsze kojarzyłem wszelkie dobre aniołki itd z tępotą, ew. jakimś ograniczonym rodzajem mądrości, a na wskroś złe diabły i demony z - jak to słowo tu idealnie pasuje - piekielną inteligencją.
Często słyszę, bądź nawet spotykam ludzi, których podzieliłbym na dwie skrajności: inteligentne skurwysyny, i tępi szczęściarze. Ci pierwsi, to typ ludzi, którzy mają pojęcie o swoim intelekcie, tylko błędnie z niego korzystają. Bo sam intelekt, to nie wszystko - potrzebna jest jeszcze mądrość i wiedza. Osoby te są przekonane, że zło, jakim się kierują jest po prostu lepsze i nie ma o czym mówić. Niekoniecznie oni sami muszą twierdzić, że są "źli" - mówię ogółem. Są ponad wszystkim. Uwielbiają znęcać się nad tymi, którzy nie tryskają inteligencją, wywyższać się, chcą być we wszystkim zawsze na pierwszym miejscu, nawet, gdy czegoś nie potrafią (dążą do tego nieuczciwą drogą). Takim ludziom w większośći nie da się przemówić do rozumu. Przemówić im potrafi jedynie inna cholernie inteligentna osoba, która zgadza się z tym, o czym piszę i sama nie jest zagubiona w swoim własnym intelekcie. O właśnie - to jest dobre określenie. Zagubieni w swoim intelekcie. Są oni tak przepełnieni dumą i swoim jestestwem, że zapominają o wszystkim innym i o tym, ile dobrego mogli by zdziałać, używając tylko swojego mózgu.
Są też tacy inteligentni, którzy po prostu są znudzeni wszechobecną tępotą i ciemnotą i mają wszystko generalnie gdzieś. Tych akurat rozumiem i popieram. Świat jest zbyt ogromny, aby swoją maleńką jednostką mogli coś zdziałać, więc aby się bardziej nie denerwować, po prostu zamykają się w sobie i już. Przynajmniej ci nie są szkodliwi i wredni dla otoczenia.
Tępi szczęściaże. Cóż tu mogę wiele mówić, no są to osoby, które są po prostu zbyt głupie, aby w ogóle wiedzieć o tym, że takie są. Istnieją tacy i to więcej, niż sądzimy. Potafią wyrządzić szkody swoim istnieniem, jeśli są na jakimś wyższym stanowisku, całkie niechcąco, podczas, gdy myślą, że robią dobrze. Czasem przez swoje szczęście są groźniejszymi przeciwnikami od tych inteligentnych, bo nie da się przewidzieć ich kolejnego ruchu, co jest jeszcze bardziej frustrujące, od wojny z intelektem.
Ostatnia grupa, o której wspomnę, to tępi, ale tacy, którzy uważają się za inteligentnych... widząc takiego, mam ochotę zdzielić go przez łeb, bo czasem lubi się wywyższać, właściwie bez powodu. Łatwo mozna takich rozpoznać. Gadają z przekonaniem, są pewni siebie, wierzą, że tylko oni mają zawsze rację, a w rzeczywistości są powolni, jak jasna cholera. To tak, ja by maluch mówił o sobie, jak o ferrari i próbował driftować, wchodząc w zakręty.
Są jednak ludzie, których nie potrafię przypiąć do żadnej osoby z mojego podziału, przynajmniej bez bliższego poznania ich. Zgniótł mnie dzisiaj artykuł o jakimś księdzu (prałat Zbigniew Suchy), który na mszy powiedział, że szkoda, że to nie rozbił się samolot z Tuskiem, zamiast tego, w którym był Kaczyński. Swoją drogą, czyż to już nie przesada? Ci cwani psychopaci już tak bardzo czują się bezpiecznie, że kuźwa robi się coś gorszego, od średniowiecznej inkwizycji, bo tamci przynajmniej w pewnej większości byli ślepo zapatrzeni w swoja idiotyczną wiarę, a dzisiaj prawie każdy taki ksiądz i inny religijny pojeb jest fałszywy do cna. Oto ten artykuł.
[demotywatory nie pozwalają na wklejanie ich zdjęć, a nie chce mi się teraz ładować tego na jakiś serwer, więc daję linka :P http://demotywatory.com/4674]
Większość z Was uzna ten podział za bezsensowny. To zrozumiałe, bo możecie nie być w stanie sobie tego wyobrazić ;) Jeśli tak jest, to olej to, bo nie chcę czytać głupiego komentarza, że ten podział jest bez sensu.
Teraz wrócę do uczuć. Nawet ktoś, kto wie, skąd się biorą uczucia i potrafi je nawet naukowo wyjaśnić, co wcale nie jest trudne, może się na nich poślizgnąć. Jeśli kogoś to interesuje i się głębiej zastanowi, to widzi czym jest nienawiść, czym jest miłość, zazdrość itd. Nie trzeba tego nawet naukowo wyjaśniać, choć można gruntownie. Ale nawet ja nie potrafię przeskoczyć mojego człowieczeństwa. Ja też się wkurwiam i to nie raz, czasem aż tracę kontrolę nad sobą, jak mnie coś konkretnie zeźli. Teraz akurat zatraciłem się w miłości. Zdaję sobie z tego sprawę i przyznam, że jest mi o wiele łatwiej, gdy rozumiem to, co się ze mną dzieje. Ale tak, czy siak czuję to cholerne uczucie i nie potrafię się go pozbyć ;) Więc zawsze nasze prymitywne, czy raczej podstawowe człowieczeństwo ma na nas bardo wielki wpływ. Najtęższy umysł może sobie nie poradzić z emocjami. Najbardziej spokojnego czowieka mozna zdenerwować, najbardziej zimną sukę można rozkochać, czy wzruszyć. Aby nie przeciągać, to podsumuję to, co napisałem do tej pory. Nie zdawajcie się jedynie na swoje emocje, bo powinniście wtedy przegrać. Używajcie swojej głowy przynajmniej w takim stopniu, jak "serce". Nie wolno nadużywać ani jednego, ani drugiego. Między nimi musi być równowaga, bo z samą inteligencją zwariujecie, a z samymi emocjami przyniesiecie na siebie zgubę. Inna sprawa w przypadku kogoś takiego piekielnie inteligentnego. Ten nie dosyć, że utopił się w swoim pustym intelekcie i napędzają go negatywne emocje, to jeszcze nie opiera się o mądrość i wiedzę, które są niezbędne, przy takiej wyjątkowej osobie. Bardzo dużo zależy też od wychowania tekiego człowieka od najmłodszych lat.

Teraz wrócę do głównego tematu. Nie będę się już teraz tak rozpisywać.
"Dzisiaj opowiem historię o braterstwie i o bratobójstwie. Będzie to legenda istot, zwanych ludźmi, którzy tworzą od dawien dawna różne mniej, lub bardziej chore społeczności. Legenda ta będzie bardzo epicka i przepełniona bardzo wielką... mądrością zgromadzoną, przez te istoty przez wieki..."
Wszystko po kolei:
Braterstwo i bratobójstwo. O tym właściwie napisałem mojego pierwszego posta na tym blogu, więc powtarzać się nie będę. Generalnie: są ludzie, którzy bardzo wierzą w swoich braci, kochają ich ponad wszystko, cieszą się razem z nimi i smucą, jak stanie im się jakaś krzywda. "Braćmi" określa się tutaj ludzi, z którymi bardzo się zżyli, zbratali. Mogą to być osoby całkowicie nie powiązane ze sobą więzami krwi itd. Takich ludzi jest niestety mało, a szczeglnie teraz, bo było takich więcej kiedyś. Zazwyczaj są to braterskie uczucia między dwoma osobami, trzema, czy niedużą grupką ludzi (może być też zbiorowe braterstwo, np. całego narodu, gdy stanie się coś złego w postaci śmierci króla, czy wybuch wojny, ale to już inna bajka). Ktoś taki ma przesrane, bo nawet, gdy chce się podzielić swoją miłością do bliźniego, obojętnie, może być koleżanka, to ona potrafi go po prostu odrzucić, bo sądzi, że ten chce ją tylko przelecieć. Albo ktoś taki obroni staruszkę przed ekipą huliganów, to ta jeszcze się na niego rzuci z torebką, że i on chce ją obrobić. Ciężko jest wlać tę braterskość w serca ludzi jeśli nie czują oni tego, o czym piszę. Świat przepełniony jest niestety przekonaniem, że wszystko ma swoją cenę, że wszystko, to korupcja, że nic nie jest bezinteresowne i nikomu nie wolno ufać. Owszem, ja nie ufam prawie nikomu, ale tylko z tego powodu, że wiem, że nienależy tego robić w tym naszym chorym społeczeństwie. Za to prawie nikt nie rozumie tego, gdy chcę bezinteresownie pomóc przyjacielowi. Oczywiście wszystko ma swoją cenę... jasne. Ale dlaczego? Po co tak musi być? Wcale nie musi, tylko ludzie sobie to cholera ubzdurali. Chciwość, obłuda, duma, pycha, wredota. Naprawdę przeważąjąca większość moich znajomych jest choć w pewnym stopniu zarażona tymi cechami. Jak chcę coś komuś podarować, to odrzuca dar, bo boi się, że później ja wyciągnę doń rękę o coś innego. Ja sądzę, że braterska miłość jest piękna i często mam ogromną ochotę zrobić coś dobrego i życzliwego dla kogoś, na kim mi zależy. Bardzo często jednak zaraz mi się odechciewa i odchodzę z gorzkim smakiem w ustach po reakcji tego kogoś i sam staję się na pewien czas chamem, bo po prostu mnie to już wkurwia. Proszę Was, opanujcie się czasem... to moja odezwa.
Co do bratobójstwa, to sami powinniście wywnioskować co to jest, z tego, co napisałem o braterstwie. Zabić kumpla, żeby nie stanowił on konkurencji, bo oboje są cholernymi samcami alfa. Zabić sąsiadkę, bo jest bogatsza. Zabić nauczyciela, bo wymaga nauki. Zabić inną osobę w kolejce w banku za to, że tam w ogóle stoi. Zabić prezydenta za to, że ma całe państwo na głowie i nie wyrabia. Zabić przechodnia, bo ma brzydki ryj. Dla mniej kumatych zaznaczam, że to "zabić" głównie piszę w cudzysłowiu. A teraz się zastanówcie. Może to nie ci ludzie, których macie ochotę zabić są problemem, tylko Wy sami? Może to raczej Wy sami powinniście postarać się skoczyć z dachu, żeby inni mieli od Was święty spokój? Oni Wam w większości przypadków niczym nie zawinili, a napewno nie zawiniliby, gdybyście nie dawali im do tego powodów. Moim zdaniem, moją prawdą i moja mądrością jest przekonanie, że życie w braterstwie jest o wiele ciekawsze, łatwiejsze i lepsze, od życia bratobójczego!

Społeczność... praktycznie każda społeczność ludzka jest chora, poczynając od tych wielkich, po te najmniejsze. Do tych wielkich zaliczamy takie coś, jak państwo, a mniejszych grupy takie, jak goci, emo, huligani, punki itd. T-o  j-e-s-t  c-h-o-r-e. Gdyby nie było podziału na kraje, nie byłoby wojen. Gdyby goci nie lubili emo, nie doszłoby do aktu kanibalistycznego w rosji :P (dalej z tego nie mogę) Gdyby huligani nie nienawidzili wszystkiego, co żywe, cholerna Warszawa byłaby o wiele przyjaźniejszym miastem. Zresztą to jest aktywne nawet w sprawach, o których nie myślimy na codzień. Np. ekonomia. Kapitalizm. Amerykański kapitalizm opiera się na regularnym wzroście bogactwa, doskonaleniu przez system wszystkiego wewnątrz kraju i ogólnie rozwoju. W tym wszystkim jednak nie uwzględnia się uczuć pojedyńczej jednostki. System sam w sobie jest dobry, bo lepszego właściwie nie wymyśliliśmy, jeśli chodzi o rozwój ogólny, lecz między tymi sowami panuje chamówa, wrogość i ukryta wojna. Zresztą ekonomia, to "wojna bez rozlewu krwi". Ale teraz uwaga. A Konfucjusz? Haa... połowa z Was pewnie nie wie co to w ogóle za facet, jeno obiło Wam się po uszach to słowo. To starożytny mądry człek z azji. Konfucjusz żył jeszcze, jak my biegaliśmy z przepaską na biodrach, choć to akurat głupie porównanie, bo prawdę mówiąc w azji wszystko było szybciej. To tam wynaleziono przeważającą część wynalazków itd, których używamy do dziś. Od przedmiotów takich, jak sekstans, przez takie rzeczy, jak choćby budowa miasta na planie kwadratu i krzyżujących się ulic, kulisty globus i kulki analne, po perfekcyjnie rozwiniętą sztukę wojny. Starożytnych chińskich i japońskich traktatów o sztuce wojny używa się do dziś zarówno na wojnach, jak i w zwykłej ekonomii, czy nawet prostym życiu, o czym nie "mamy" pojęcia. My w europie wtedy jeszcze kombinowaliśmy, z której strony dzik ma dupę, a z której ryj. A więc... to, co chciałem napisać te kilka zdań wcześniej. Konfucjanizm popiera kapitalizm i to pełną gębą, LECZ... w konfucjaniźmie zwraca się uwagę na poszczególne jednostki ludzkie. Nie na MASĘ. Weźmy na ten przykład firmę Toyota. Kierują się oni właśnie tymi konfucjunistycznymi zasadami. Nie gnoją każdego pracownika, nie robią nagonki. Ludzie, którzy wiedzą, jak jest w tej firmie nie opuszczą jej za żadne skarby świata, bo czują się tam lepiej, niż w domu. Budują firmy, gdzie nie ma więcej niż stu pięćdziesięciu pracowników, żeby nie traktować ich jak zbitą masę, wbrew zasadom ekonomii. Jakiś czas temu w pewnej fabryce Toyoty, tu, w Polsce, ciągle ginęły długopisy, przy taśmach produkcyjnych i czasem robota się chamowała, bo pracownicy mieli problem z oznaczaniem czegoś tam. Pewien "genialny" Polak - zwykly pracownik - wykombinował, żeby robić długopisy na łańcuszkach przy każdej maszynie, czy coś w tym stylu, a że firma co miesiąc organizuje spotkania, na których pracownicy mogą przedstawić swoje uwagi, skargi itd, to pan pracownik powiedział im o tym. Firmie się to bardzo spodobało, i gdy zauważyli, że nawet zaoszczędzą kupę kasy na ginących długopisach, wynagrodzili pana pracownika wyjazdem dla całej rodziny do Japonii, gdzie mieści się siedziba ich firmy. I co? Pojechali tam i zaproszono ich nawet do jakiejś tam głównej fabryki. Gdy zwiedzając tę firmę, jakiś japończyk krzyknął, że "to ten Kowalski, który wymyślił długopisy na łańcuszkach!"... to czy taki pracownik, po takim uznaniu ze strony firmy, w której został potraktowany wręcz, jako bohater wojenny, zrezygnuje ze swojej pracy? Nie! I dodatkowo będzie się starał wymyśleć coś nowego, co usprawni działanie firmy. Gdzie indziej, gdzie pracownicy to psy i mięso spotkacie się z takim przywiązaniem, wręcz braterskim pracownika do firmy? Nigdzie.
Tę historię usłyszałem akurat na wykładzie. Pewnie połowę pokręciłem, ale ogólny zarys jest prawidłowy i o to chodzi.

Ostatnia rzecz: mądrość zgromadzona przez wieki. A gówno prawda, bo cały czas popełniamy, jako całe społeczeństwa i jako samotne jednostki te same błędy, jakie popełnialiśmy i 2 tysiące lat temu. No bo kurwa. Komu się chce uczyć historii? Po co to komu właściwie? "To stało się tak dawno, że mnie to w ogóle nie dotyczy i mam do głęboko w dupie". W takim razie palnij się w łeb, skoro tak myślisz, bo popełniasz ogromny błąd. Tylko na podstawie analizy wszelkiej historii możemy uchronić sie od popełniania tych samych popełnionych już wcześniej błędów. Z historii możemy nauczyć się bardzo wiele i nauczymy się z niej takich rzeczy, jakich nikt nie nauczy nas bez jej znajomości. 

Na koniec chciałbym coś jeszcze sprostować ^^ Wróćcie do tego, co pisałęm o braterskim życiu. Nie mam na myśli zniewieściałych wszędobylskich aniołków, które kochaaaaaaaaaaają wszyyyyyyyyystkoooooooo dookołaaaaaaaaa i sąąąąą dooooobre i nie zabijaaaaaaaaająąą bezbronnych muuuuuszeeek i w ogóle są cacy. O nie, to ja już wolę takie głupie społeczeństwo, w jakim żyjemy ;p Nie mówię o aniołeczkach w getrach, które wzdrygają się na słowo "kurwa", jak na najgorsze plugastwo na świecie i przestępstwo, lecz po prostu o świętym braterstwie, gdy jeden człowiek z własnej woli poda drugiemu dłoń w potrzebie i nie wytrze jej później o ścierkę z obrzydzeniem, ani nie napluje mu w twarz. Gdy jeden człowiek jest skłonny oddać życie w obronie drugiego i nie stanie po stronie tego "silniejszego"...

środa, 3 lutego 2010

Dres

Wczoraj dotarłem do Warszawy do dziewczyny. Ostatni raz w stolicy byłem kilka lat temu, jak byłem mniejszy, z ojcem i w ogóle raczej w otoczeniu prezydenckim, a nie luźno. Łącznie byłem chyba ze trzy razy. Teraz jednak przyjechałem tu na własną rękę samemu. Nasłuchałem się wiele dziwnych opowieści o Warszawie i nikt, kto mi o niej opowiadał, nie bał się nazywać mieszkańców tego miasta kretynami itd. I rzeczywiście ;p nie zdążyłem jeszcze wyjść z dworca centralnego a zdążył zaczepić mnie jakiś pijany dres. W obrotowych drzwiach mnie staranował taki grubas w dresie, pięć razy cięższy i szerszy ode mnie, z łbem świni, czy orka, jak kto woli, ale akurat miałem na sobie plecak pięciotonowy i drugi taki niosłem w ręce, więc złożyło się tak, że zderzył się ze mną, a nie posłał mnie na podłogę. Wkurzył się na to, że nie wyszło mu staranowanie mnie i wypchnął mnie ledwo (moja waga z tym złomem była naprawdę wielka) na zewnątrz i zaczął się do mnie rzucać. Gapiłem się na niego, jak na kretyna i powiedziałem mu "czego ty ode mnie chcesz?". Ten się wkurzył i zamachnął się na moją twarz pięścią, ale trafił na niewłaściwą osobę, bo zrobiłem piękny unik, jego pięść wpadła między mój kark a rękę i dosłownie, że aż posłużę się tym słowem - wypierdolił się na glebę. Coś tam bluzgnąłem, że "warszawa to" i poszedłem do Złotych Tarasów spotkać się z dziewczyną, która i tak potem okazała się być kurwą do kwadratu. Kto mi powie, że ci ludzie są normalni? ;] Nie mówię akurat o warszawiakach, ale ogólnie o takich ludziach. "Chuligani", "dresy" - "moi bracia i w ogóle glancuś. Oczywiście każdy poza moimi ziomkami ma wpierdol". Wszystko fajnie, tylko po jaką cholerę?

wtorek, 26 stycznia 2010

Różnice




Przesłuchajcie proszę ten kawałek. 
Kogo widzicie? Grającego na elektrycznych skrzypcach gościa w skórze. Wielu z Was widząc takiego faceta ubranego w skóry na ulicy albo ominie go szerokim łukiem, albo stwierdzi, że to palant, bądź satanista, czy po prostu nie zwróci nań uwagi, wiedząc podświadomie, że jego styl bycia jest całkowicie różny od Waszego i nigdy go nie zrozumiecie. A tymczasem zwróćcie uwagę na to, jaką on gra piękną muzykę. Chcę przez ten post przekazać, jak bardzo się wszyscy różnimy, a zarazem, jak wiele nas łączy. Łączy nas przede wszystkim jedna rzecz - jesteśmy ludźmi. Każdy człowiek jest inny, ma inny kod genetyczny, inne upodobania, inny styl. Inną muzykę lubi, w co innego wierzy, jeśli w ogóle. Różnice można wymieniać bardzo długo, bo każdy jest inny i nikt nie jest doskonały. Jeśli więc widzicie kogoś, kto chodzi ubrany w skóry, i kocha ostre metalowe brzmienia, nie szydźcie z niego, bo to w takiej samej mierze człowiek, jak i Ty. Inny, ale to Twój pobratymiec. Ja przykładowo nie cierpię ludzi stylizujących się na kulturę hiphopu. Sam rap, jako muzykę nawet trawię, ale nie hiphopowców, bo nie podoba mi się to, jak się ze sobą obnoszą. Jednak nie wkraczam w ich życie z butami z tego powodu, bo nie mam do tego po pierwsze prawa, a po drugie oni i tak mają to w dupie. Po trzecie ja nic nie zyskam, a dodatkowo mogę zostać wyśmiany, albo niepotrzebnie oberwać po rzyci. Każdy z nas ma różne marzenia, postrzega piękno w innych barwach. Patrząc na tego faceta, który gra na skrzypcach elektrycznych widzę na jego twarzy i w jego wzroku pasję do tego, co robi. Być może to jego sposób na zarobek. Wiele można sie domyślać i kilka spraw jest pewnych, ale oprócz tych przyziemnych spraw jest coś jeszcze. Można to wywnioskować po wyglądzie jego twarzy - a ja sądzę, że z twarzy człowieka można wyczytać prawie wszystko - ale wsłuchajcie się też w tą muzykę. Osobiście uwielbiam ciężkie metalowe kawałki, z szybką i głośną perkusją, okraszoną basikiem z gitarki plus może jakiś wokal, a wszystko w klimacie ciemnego, mocnego piwa, fajki i... nieważne. Ale te skrzypki jakoś tak wdrażają się do wnętrza. Jest muzyka tworzona na odwal dla kasy i jest muzyka twororzna z pasją. Tak samo jest ze wszystkim innym. Zauważcie, że pan Johnson gra na drogim sprzęcie, za który musiał zapłacić kilka tysięcy funtów i wydał kilka płyt. W takim razie nie narzeka na biedę rzędu bezdomnego. A jego muzyka jest piękna i, jak widać, czasem gra na rynku za darmo (nie licząc tego, co mu ludzie dobrowolnie dają - a ja, gdybym mógł, dałbym mu nawet milion), bo kocha muzykę. Tutaj nasuwa mi się jeszcze jeden morał - nie pracujcie na odwal. Zawsze starajcie się dawać z siebie wszystko, szczególnie, gdy robicie coś, na czym Wam zależy i co lubicie, tak, jak ja przykładowo grafikę. Więc pomijając tępych łysoli z pod bloków, którzy czekają na okazję do demolki i kradzieży, zapijaczonych mord z pod biedrony, fanatycznych pojebów zabijających w imię jakiegoś boga i psycholi którzy kreują jakieś chore wyobrażenia o śmierci (głównie u dziewczyn zauważyłem tendencję do takich krzywych akcji ;/) itp... pomijając ich, to nie ważne, gdy jakiś człowiek się od Ciebie różni - okaż mu szacunek. CHYBA, że on sam będzie wpieprzał się w Twoje życie z butami, depcząc je, to w tedy się broń. Jeśli zobaczysz, że klient jest w jakiś sposób źle nastawiony do świata, odpala totalne kretynizmy i robi coś, co negatywnie wpływa na otoczenie - wtedy masz prawo mu wysunąć w dziąsło :P